|
 Liliana Komorowska
Liliana Komorowska swoją aktorską karierę rozpoczęła niemal, jak w bajce. Swój wielki debiut do dziś wspomina z rozrzewnieniem. W czasie stanu wojennego wyjechała z kraju, by rozpocząć amerykańską przygodę. Na emigracji odnalazła się rewelacyjnie. Jak sama twierdzi, nigdy nie miała problemów z brakiem propozycji. Dzisiaj na łamach „Polek…” opowiada o współpracy z „wielkimi aktorskiego świata” i o doświadczeniach z trzema mężami.
Po ukończeniu Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie zagrałaś Abigail w „Czarownicach z Salem” w teatrze telewizji. To był aktorski debiut roku. Jak wspominasz te czasy? To był najwspanialszy okres mojego rozwoju artystycznego. Byłam wielką szczęściarą, kiedy na mojej drodze w szkole teatralnej, jako dopiero dojrzewająca aktorka, spotkałam profesora Zygmunta Hubnera. To właśnie on zajmował się kształceniem studentów na wydziale reżyserii w PWST (Państwowa Wyższa Szkoła Teatralna – przyp. Mateusz Gościniak). My, jako aktorzy, pomagaliśmy młodszym adeptom w wielu scenach. Zagrałam wtedy Lady Makbet w klasie profesora Hubnera i pewnego dnia, po skończonych zajęciach na czwartym roku akademickim, prof. Hubner podszedł do mnie i zaproponował mi rolę. Była to, wspomniana przez Ciebie, Abigali w telewizyjnym przedstawieniu, które miał wkrótce reżyserować. Dla mnie, jako początkującej aktorki, było to wielkie wyróżnienie. Podjęłam się pracy nad rolą z pasją i jak najbardziej na poważnie. Próby okazały się niezwykle wyczerpujące i wymagały dużej koncentracji. Mierzyłam się z talentem wielkich mistrzów sztuki aktorskiej. W jednej sali prób znalazłam się, bowiem, w towarzystwie moich idoli. Grał ze mną Marek Walczewski, Roman Wilhelmi, dziekan Andrzej Łapicki, Zbigniew Zapasiewicz. To wielcy aktorskiego świata.
Jak zmieniło się Twoje codzienne życie, kiedy zostałaś „odkryta”? Dla mnie uczestniczenie w takim wydarzeniu było wielkim wyróżnieniem, a wręcz gloryfikacją. Nagroda za debiut aktorski, którą otrzymałam na Festiwalu Sztuk Telewizyjnych w Olsztynie potwierdziła, że rola ta została zauważona. Dało mi to smak sukcesu i pewne utwierdzenie w tym, że bycie aktorką jest moim powołaniem i może być sposobem na życie. „Czarownice z Salem” to był piękny i mądrze wyreżyserowany spektakl. Myślę sobie, że gdyby Telewizja Polska chciała uczcić śmierć Millera, to emisja przedstawienia Hubnera byłaby najlepszym sposobem na to.
W Polsce w teatrze grywałaś między innymi z Gajosem, Zapasiewiczem, Fronczewskim. Którego z nich wspominasz najlepiej prywatnie, a z którym najlepiej się grało? Każdy z kolegów aktorów, z którym współpracowałam, dał mi dużo radości i niezapomnianych wspomnień. Miałam niesłychane wręcz szczęście, że w szkole teatralnej byłam w rękach tak wielkich mistrzów jak Holoubek, Łapicki czy Łomnicki. Dlatego było dla mnie czymś zupełnie naturalnym pracować z ich młodszymi kolegami. To dodawało mi skrzydeł w moim dalszym rozwoju. Piotruś Fronczewski, Marek Kondrat, Edmund Fetting i ja w sztuce „Cyrano de Bergerac” do dziś uważam za szczyt mojej kariery. To mistrzowskie przedstawienie w TVP reżyserował jeden z najbardziej wrażliwych reżyserów, z którymi miałam przyjemność mieć styczność, niestety nieżyjący już, Krzysiu Zaleski. Z kolei Janusz Gajos to kolega z Teatru Dramatycznego, w którego zespole znalazłam się zaraz po szkole. Teatr był wtedy pod dyrekturą mojego ukochanego profesora Holoubka. Janusz miał szalenie profesjonalne podejście i był bardzo pomocny w pracy nad Szekspirem w sztuce „Jak wam się podoba”, w której zagrałam Audrey. Ze Zbyszkiem Zapasiewiczem, zagrałam natomiast w zastępstwie za Marysię Niemirską, na deskach Teatru Dramatycznego w „Kubusiu Fataliście” Diderota. Zbyszek był niedostępnym, zamkniętym w sobie i niesłychanie zdyscyplinowanym aktorem. Praca z nim była dla mnie nie lada wyzwaniem, bo truchlałam ze strachu. Każdy spektakl przeżywałam na nowo. Ale, za każdym razem zdawałam egzamin na piątkę, z czego jestem dziś ogromnie dumna, kiedy spoglądam wstecz!
Którą z tych „polskich” ról była dla Ciebie szczególna? Mimo wszystko to Abigail, o której rozmawialiśmy wcześniej, zła manipulantka, gotowa na wszystko dla miłości. Można rzec: fatal attraction type, żeby tylko wszystko się udało i nikt tego nie zauważył. Młoda, zdeterminowana i fanatycznie zakochana w swojej pożądliwości kobieta. Ona spowodowała, że życie małego miasteczka zmieniło się na zawsze wraz z katolicką „maszyną” oskarżania niewiernych. To ona rozpętała tę matnię i postąpiła okrutnie, może miało to związek z własnym instynktem zachowawczym? Niestety, zapłaciło za to całe społeczeństwo, bez względu na winę. Świetna rola do zagrania i to w tak doborowym towarzystwie, stała się dla mnie wielką przygodą.
Twoim pierwszym mężem był znany jazzman Michał Urbaniak. Jak po latach oceniasz ten związek? Michał to geniusz. Nawet dzisiaj po tylu latach nie możemy zapomnieć o sobie. Stworzyliśmy zapatrzoną w wielkość tworzenia parę, która karmiła się swoim młodym i jakże niewinnym towarzystwem w boskim procesie kreacji. Nic nie może mi odebrać tego owocnego dla mnie, jako aktorki, okresu z ogromnym sukcesem w Soap Operach. Mieszkałam wtedy w Nowym Jorku. Utwory takie, jak „Romance” czy „Liliana” zawsze będą częścią mojej nowojorskiej przygody i małżeństwa z Michałem.
No właśnie, Nowy Jork. Dlaczego mimo wielu ciekawych ról zdecydowałaś się opuścić Polskę? Główne powody to bez wątpienia stagnacja i stan wojenny w Polsce. Ze stanem wojennym związany był również bojkot aktorów w telewizji. Do prawdziwych powodów można dodać też moją wielką chęć zmierzenia się ze światem. Dlatego właśnie zostawiłam Polskę, a raczej PRL na zawsze. To była moja pogoń za karierą, a może i gwiazdorstwem, o których marzyłam. Jeśli Greta Garbo, Apolonia Chałupiec i Marlena Ditrich mogły, to dlaczego nie ja?
Dlaczego wybrałaś akurat Amerykę Północną? Bo to tu jest kolebka filmu i mitu sukcesu. Wszystkie koleżanki marzą o prawdziwej karierze za oceanem. Co prawda udaje się to tylko nielicznym i może tylko na 5 minut, ale pragnienie, aby zmierzyć się z tym wielkim wyzwaniem jest silniejsza niż… wszystko.
Jak wspominasz pierwsze lata na „obczyźnie”? Trudno było się zaaklimatyzować w zupełnie innych warunkach? Młodość i młodzieńcza energia czynią cuda. Wierzę, że miałam gwiazdę, która nade mną czuwała, bo już rok po wylądowaniu w Stanach, zaczęłam grać w operach mydlanych, a potem w telewizji i filmach fabularnych i, na szczęście, nigdy nie przestałam. Jestem przykładem, że jeśli się czegoś bardzo chce i ma się odwagę na zrealizowanie tego, to wszystko jest możliwe!
Jaka była Ameryka dla aktorki zza żelaznej kurtyny? Jak bajka, w której się, co jakiś czas szczypałam, żeby sobie przypomnieć, że to, co przeżywam jest prawdą. Dzięki temu wyjazdowi nauczyłam się być przebojowa i pozytywnie nastawiona. Bardzo przydały mi się również poczucie własnej wartości i spora doza humoru, które wyniosłam z domu.
Swojego męża Christiana poznałaś już po wyjeździe? Po rozstaniu z Michałem przeniosłam się na zachodnie wybrzeże Ameryki i tu na zdjęciach próbnych do horroru „Scanners”, który kręcony był w Montrealu, poznałam Christiana. To ja wylądowałam z główną rolą w jego filmie, a pod koniec produkcji zakochaliśmy się w sobie bez przytomności. Christian przeprowadził się do mnie na stałe do Los Angeles, gdzie mieszkałam i tak nasze małżeństwo, najpierw artystyczne, przerodziło się w rodzinę. Urodziłam mojego synka Sebastiana, dokładnie 17 listopada 1991 roku, kiedy mój ówczesny mąż Christian kręcił film z Pierce Brosnanem. Pamiętam, że Pierce przyniósł mi wtedy śliczny prezent od Tiffaniego by uczcić narodziny mojego synka. Poczułam się bardzo wyróżniona. Będąc w piątym miesiącu ciąży z Natalką opuściłam Los Angeles na zawsze, miało to miejsce zaraz po trzęsieniu ziemi w styczniu 1994. Od tej pory mieszkam w Montrealu.
Czy porównujesz USA i Kanadę? Dlaczego akurat Kanadę wybrałaś, jako ostateczne miejsce zamieszkania? Kanada jest krajem, który daje stabilizację i pewien status społeczny. Nawet emigrant czuję się tu, jak u siebie w domu. To przypadek sprawił, że miłość mnie przywiodła w progi francuskiej Kanady. A ja czuje się tu, jak w najlepszym miejscu na święcie, szczególnie dla kobiet. To prowincja, która daje bodaj najwięcej korzyści kobietom. Nigdzie indziej równouprawnienie kobiet nie ma takiej wagi, jak tu. Jestem spełniona, szczęśliwa i żyje tutaj życiem dumnego artysty.
A z jakich występów poza Polską jesteś najbardziej dumna? Myślę, że wśród filmów wyróżniłabym „The Asingment”, „The Art Of War” oraz rolę w „Sherlocku Holmesie”. Natomiast na deskach scenicznych najbardziej dumna jestem z „Les Proffesionell” i „La Galere”.
Co przynosi więcej satysfakcji: gra w teatrze czy filmach, serialach? Samo uczestnictwo w pracy nad projektem, jako aktorka, sztuka odtwarzania i kreowania postaci, zagłębianie się w rolę to moja wielka pasja. Trudno mi, więc, odpowiedzieć na to pytanie. Kocham moje rzemiosło i staram się rozwijać i nigdy nie stać w miejscu.
Zagrałaś w słynnym filmie „Hitler. Narodziny zła”. Jakie masz wspomnienia z tej produkcji? Szczerze mówiąc, to był dla mnie osobisty holokaust, ponieważ przy okazji grania w tym serialu moje małżeństwo poszło z dymem. Mąż po prostu zaskoczył mnie sytuacją, w której poinformował, że zakochał się i zostawia mnie z dwojgiem dzieci po 13 latach małżeństwa. To był dla mnie szok, z którego łatwo, ani szybko się nie wychodzi. Potrzebowałam sporo czasu zanim odzyskałam równowagę, dlatego te wspomnienia zostały we mnie głębiej, niż te z planu.
Obecnie mieszkasz w Montrealu z mężem Bernardem. Jak wygląda Wasze codzienne życie? Właśnie jesteśmy w podróży do Paryża, a potem wsiadamy do samolotu do Dubaju. Los mi sprawia nie lada niespodzianki. Teraz zakochana jestem w człowieku spoza biznesu filmowego, ale który wspiera mnie w moich poczynaniach artystycznych i jestem z tego bardzo dumna. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że kocham moje życie!
Dzięki pracy męża bardzo dużo podróżujesz. Jakie zakątki świata najbardziej Cię urzekły? Kocham podróżować, mam żyłkę globtrotera w sobie. Kocham lato i wyspy karaibskie, Saint Thomas, Saint James z dziewiczymi plażami otoczonymi wręcz białym, jakby zrobionym z mąki, piaskiem, do tego to piękne słońce i turkusowe lustro wody. Włochy to też moja pasja: Wenecja, Toskania, również Amalfi Poste.
W jakich projektach bierzesz teraz udział i jakie są Twoje plany na najbliższą przyszłość? Gdzie zobaczymy Lilianę Komorowską? Właśnie skończyłam grać w Polsce w serialu telewizji TVN „Teraz Albo Nigdy”. Jako reżyser kręcę dokument o kobietach z rakiem piersi. Byłam na Festiwalu w Gdyni. Zostałam tam zaproszona, jako aktorka, na premierę dwóch filmów: „Mniejsze Zło”, fabularny obraz Janusza Morgensterna, który dopiero co wszedł na ekrany i „Austerię” Jerzego Kawalerowicza, cyfrowo odrestaurowaną. Płakałam, jak zobaczyłam scenę, kiedy naga wychodzę z jeziora w tatarakach. Ogarnęła mnie niezwykła nostalgia. Uwielbiam wracać do ojczyzny, ale tylko wtedy, kiedy przyjaciele i rodzina się o mnie upominają. Dlatego do Polski wybieram się za tydzień.
Rozmawiał: Mateusz Gościniak Zdjęcia Beata Nawrocki
Aneta Prasał-Wiśniewska
|