Home W numerze Jak zostałam rzeźbiarką
Jak zostałam rzeźbiarką
Spis treści
Jak zostałam rzeźbiarką
strona 2
strona 3
Wszystkie strony


Beata Czapska

Rzeźba, rzeźba, rzeźba - jak zostałam rzeźbiarką? Przyczynił się do tego szereg wydarzeń i sytuacji bez wyjścia. Gdy spoglądam wstecz, jestem pewna, że rzeźba „goniła” mnie od zawsze, a ja robiłam uniki.

Z natury jestem pasjonatką. Gdy zabieram się za coś, to poświęcam się temu bez reszty. Najpierw z pasją tłukłam się z chłopakami na podwórku – wiedzą coś o tym koledzy, żyjący teraz w różnych zakątkach świata. W szkole podstawowej z pasją zwalczałam wychowawczynię – animozja była obustronna. Też w tym czasie z pasją robiłam biżuterię z blachy miedzianej, której ścinki ojciec przynosił mi z placu odbudowy Pałacu w Wilanowie i innych zabytków Warszawy (jako inżynier budowlany pracował wtedy w Pracowni Konserwacji Zabytków). W liceum z pasją zgłębiałam literaturę, na co poświęcałam każdy możliwy i niemożliwy czas. Kontynuowałam tę pasję dalej we Francji, kiedy uzupełniałam braki z książek niedostępnych wcześniej w Polsce.

Zdałam maturę, ale do dzisiaj nie wiem, jak to się stało. Nie starczało mi czasu na naukę. Studia, ale jakie? Tyle pasjonujących fakultetów: archeologia śródziemnomorska kusiła odkrywaniem historii o starożytnych krajach, medycyna - zagłębianiem się w zagadki nauki, antropologia - roztaczaniem wizji odkrywania nowych plemion w dorzeczu Amazonki. Wreszcie architektura, którą dosłownie i w przenośni wyssałam z mlekiem matki, profesora na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej. Kochałam budynek tego wydziału. Secesyjne mury kryły we wnętrzach niezliczone ilości korytarzy i zakamarków. Na ścianach wisiały oprawione za szkłem najlepsze prace studentów, począwszy od fragmentów budowli antycznych, poprzez martwe natury, do współczesnych projektów architektury awangardowej.

Z dostaniem się na studia było trochę gorzej. Po przeanalizowaniu moich możliwości pozostała tylko architektura, gdzie na egzaminie wstępnym był rysunek i matematyka - jedyne przedmioty, o których miałam jako takie pojęcie. Po dwóch nieudanych próbach w Warszawie rodzice wysłali mnie do krewnych, do Katowic, gdzie miałam zdawać na Politechnikę Śląską. Do trzech razy sztuka. Tym razem udało się. Zamieszkałam na stancji w Gliwicach i ponownie z pasją rzuciłam się w wir nauki. Odkryłam narty. Doprowadzałam do szaleństwa koleżanki i kolegów z SKN (Studencki Klub Narciarski), kiedy zapisywałam się na zawody, nie umiejąc jeszcze jeździć. Ale bliskość gór zrobiła swoje. W sobotę wstawałam o piątej rano, by jak najwcześniej wsiąść do pociągu do Szczyrku i ustawić się w kolejce na Skrzyczne. Szybko zrobiłam postępy. Pasja narciarska trwa do dzisiaj. Pomimo rzadkich wypadów w góry i bolesnych brakach kondycji fizycznej w pierwszych dniach pobytu, jazda na nartach sprawia mi ciągle ogromną przyjemność.
Część lata spędzałam w stadninach, pracując jako chłopiec stajenny i jeżdżąc na koniach. A także na Mazurach, pływając na żaglach. To była zaleta tamtych czasów, że nie posiadając prawie żadnych pieniędzy można było uprawiać różne sporty. W ciągu roku szkolnego pracowałam społecznie w klubach, pomagając w organizacji imprez i projektując plakaty, i dzięki temu nie musiałam płacić za obozy letnie. Z moja przyjaciółką Julitą zaczęłam podróżować autostopem po krajach tzw. demokracji, jak Czechosłowacja, Węgry, Rumunia czy Bułgaria. I wtedy pierwszy raz pomyślałam, dlaczego nie wybrać się jeszcze dalej, na zachód.
A konkretnie do Francji, co wiązało się z wychowywaniem moim w kulturze francuskiej.

Nadszedł czerwiec 1974 - koniec studiów a przede mną jesienny semestr dyplomowy. Był to ostatni moment, żeby starać się o paszport i zajrzeć za „żelazną kurtynę”. Nie myślałam o emigracji, po prostu chciałam zobaczyć, co „tam” się dzieje. Po dyplomie wyjazd był praktycznie nierealny. Trzeba było „odpracowywać” wyższe studia. Cudem dostałam przydział na sto dolarów, z dziesięciodniową wizą francuską w plecaku i duszą na ramieniu ruszyłam autostopem pierwszy raz sama.  

Pierwszy etap - Monachium, miasto znienawidzone przez rządy komunistów
z powodu siedziby w nim Radia Wolna Europa. Dziennik tego radia w moim dzieciństwie i młodości usypiał mnie jak kołysanka do snu. Ojciec nastawiał stację na cały regulator a jej dźwięk zagłuszania dochodził do mojego łóżka. Ale nie z powodu Wolnej Europy chciałam zatrzymać się najpierw w Monachium. Miałam tam dwóch kolegów ze studiów, z których jeden został tam na stałe i kontynuował studia a drugi zatrzymał się na parę miesięcy, wracając ze stypendium w Anglii.
Była już druga połowa sierpnia i bardzo piękna pogoda. Bez większych trudności dojechałam do Monachium I zakwaterowałam sie w domu akademickim, gdzie mieszkali moi koledzy. Miasto od razu mnie zauroczyło. Najstarsza część w stylu pruskim i nowsza, wzorowana na stylu włoskim. Wzdłuż rzeki Izhar ciągnący się w nieskończoność park angielski, egzotyczne restauracyjki ze stolikami na chodnikach, ludzie leżący na trawnikach, wszędzie czysto i jasno oświetlone wieczorem ulice - całość po prostu wdychałam.
Niejednokrotnie potem, mieszkając już we Francji, odwiedzałam to miasto, zawsze z wielką przyjemnością. Było ono też pierwszą lekcją o tym, czym jest Europa Zachodnia. Wizę tranzytową z uśmiechem i bez problemu zamieniono na dowolną, jaką sobie wtedy wymarzyłam. To miasto przyciągało mnie jak magnez. Nie dałam się jednak skusić - przecież moim celem był Paryż, znany mi tak dobrze.

Genewa była następnym etapem. W drodze spotkałam bardzo miłą Polkę, która tam mieszkała od dzieciństwa. Spędziłam u niej dwa tygodnie. I tam też czekała na mnie pokusa zostania. Paryż to wielkie, trudne miasto - mówiła z troską moja nowa znajoma. Tymczasem zaczynały się jesienne słoty i czułam, że nadszedł czas, aby dojechać do celu.
Wreszcie Paryż, miasto wymarzone i tak bliskie poprzez Zolę, Balzaka, Viktora Hugo, wtedy zanurzone w zimnej mżawce i trudno dostępne z powodu mojej słabej znajomości języka wydało mi się koszmarem!
Na szczęście trwało to tylko kilka dni. Znalazłam pracę, jako fille au pair w bardzo sympatycznej rodzinie francuskiej. On inżynier, zatrudniony w zakładach Renault, a ona - była modelka, pracowała w jednym z domów mody. Rano zajmowałam się dwójką ich małych dzieci, a po południu szłam na lekcję w Alliance Francaise. Wieczorami razem jedliśmy kolację, i wtedy opowiadałam moją nienajlepszą francuszczyzną historie zza żelaznej kurtyny.
Na początku myślałam, żeby zostać tylko do Świąt Bożego Narodzenia, ale wkrótce zdałam sobie sprawę, że mój semestr dyplomowy i tak już przepadł, a na kolejny trzeba było czekać do października następnego roku. Zdecydowałam, więc zostać do końca roku szkolnego i kontynuować naukę języka, szczególnie, że mój francuski pozostawiał jeszcze wiele do życzenia.
Pierwszy raz od przyjazdu do Francji, miałam dopiero okazję mówić po polsku w połowie grudniu, kiedy Helena Faryaszewki, kuzynka przyjaciół moich rodziców, będąc przejazdem w Paryżu, przywiozła mi listy i jakieś drobiazgi z domu. To spotkanie przerodziło się w trwającą do dzisiaj przyjaźń. Na najbliższe wakacje Helena zaprosiła mnie na miesiąc do Hiszpanii. Potem byłam wielokrotnym jej gościem w Brukseli, do czasu aż przeprowadziła się do Paryża.
          
Jeszcze wczesną wiosną poznałam mojego pierwszego męża - Krzysztofa. Wtedy nie myślałam o zostaniu we Francji, ale po przyjeździe z wakacji w Hiszpanii, już nie było mowy o powrocie do kraju. Krzysztof właśnie otworzył swoją własną pracownię architektoniczną, w której zaczęłam mu pomagać. Zamieszkaliśmy w pobliżu świeżo zburzonych hal. Patrzyłam z podziwem na miasto, które prawie nie zmieniło się od czasów „Brzucha Paryża” Zoli. Wciąż ci sami subiekci uganiali się po hurtowniach pod czujnym okiem la partonne. Ci sami ludzie spacerowali po Lasku Bulońskim, tylko wtedy inaczej ubrani.
W 1978 urodził się nasz syn Filip, a dwa lata później rozwiedliśmy się. Zostałam z dwuletnim dzieckiem. Do tego postanowiłam zrobić dyplom, korzystając z zachęty profesora i dziekana mojego Wydziału, Tadeusza Gawłowskiego. Lata 1980/81 były trudnym czasem na podróżowanie do kraju. Pomimo wszystko doprowadziłam do końca pracę dyplomową dzięki troskliwej pomocy profesora. Obroniłam się pod koniec marca 1981 roku i wróciłam do Paryża.
Były to trudne dla mnie czasy. Zaczęłam zajmować się projektowaniem wnętrz i przebudową domów. Wykonywałam te prace, mając własną ekipę remontową. Miałam bardzo dużo zamówień i zupełny brak czasu na zajmowanie się dzieckiem, które wychowywała szkoła i opiekunki.
Do nielicznych miłych momentów w tamtych czasach należały sobotnie wizyty w pracowni świeżo poznanego rzeźbiarza Rene Coutelle. Tam, podczas lunchu, spotykali się ludzie z najrozmaitszych środowisk: literaci, filozofowie, poeci, dyplomaci, matematycy, malarze. Przysłuchiwałam się dyskusjom wokół sztuki, rozmowom o najnowszych odkryciach astrofizyki; tam też uzupełniałam swoje braki
z literatury i poezji. Do pracowni przejeżdżali ludzie z całego świata, żeby uczyć się pod okiem mistrza. Coutelle niekiedy wtrącał – „Kiedy Pani zacznie rzeźbić?”
Ja i rzeźba? Nie! Dyskusji o sztuce jeszcze w rodzinnym domu słuchałam z przyjemnością, natomiast samo słowo rzeźba wprowadzało mnie w stan zdenerwowania. Zapewne przyczyniła się do tego pewna historia. Przyjaciel domu, Stanisław Baran, z zawodu architekt, a z pasji malarz i rzeźbiarz, namalował rodzicom portrety. „A Tobie – powiedział - wyrzeźbię głowę”. A ja tak marzyłam o portrecie! Nie miałam odwagi protestować, bo bardzo go lubiłam i przyjaźniłam się z jego żoną. Do dzisiaj rzeźba ta stoi w domu rodziców, w Warszawie.

Później, jeszcze na studiach, miałam semestr rzeźby - portret w glinie, ale z braku czasu i z powodu niechęci do przedmiotu, nie chodziłam na zajęcia. Tylko dzięki sympatii profesora, Stanisława Słodowego, który pozwoli mi wykonać autoportret, otrzymałam zaliczenie. Kilka lat później to on właśnie wprowadził mnie do pracowni Rene Coutelle.  
Chcąc mieć więcej czasu dla Filipa rozwiązałam ekipę remontową i zaangażowałam się, jako projektant, w pracowni architektonicznej. To było złudne – miałam, co prawda wolne prawie wszystkie soboty i niedziele, ale w tygodniu ciągle tak zwane „charettes”, czyli pilne, terminowe projekty zatrzymywały mnie w biurze do późnych godzin wieczornych. Na szczęście pracownię po trzech latach zlikwidowano. Tak zwane „bezrobocie”, bardzo korzystne w owych czasach, pozwoliło mi poświęcać więcej uwagi synowi i częściej bywać w atelier mistrza, spoglądając coraz przychylniej na rzeźbę. Pracownia Coutella była całkowicie zastawiona rzeźbami, wykonanymi
w różnych kamieniach, co mogło posłużyć za świetną lekcję z geologii. Coutelle, bo tak go wszyscy nazywali, doskonały rzeźbiarz, poeta, pedagog i społecznik, o wielkiej kulturze i wrażliwości, stał się od tamtej pory moim  przewodnikiem duchowym.
       



 

Your are currently browsing this site with Internet Explorer 6 (IE6).

Your current web browser must be updated to version 7 of Internet Explorer (IE7) to take advantage of all of template's capabilities.

Why should I upgrade to Internet Explorer 7? Microsoft has redesigned Internet Explorer from the ground up, with better security, new capabilities, and a whole new interface. Many changes resulted from the feedback of millions of users who tested prerelease versions of the new browser. The most compelling reason to upgrade is the improved security. The Internet of today is not the Internet of five years ago. There are dangers that simply didn't exist back in 2001, when Internet Explorer 6 was released to the world. Internet Explorer 7 makes surfing the web fundamentally safer by offering greater protection against viruses, spyware, and other online risks.

Get free downloads for Internet Explorer 7, including recommended updates as they become available. To download Internet Explorer 7 in the language of your choice, please visit the Internet Explorer 7 worldwide page.