|
 Agnieszka Wójtowicz-Vosloo
Ma obsesję na punkcie śmierci, ale żyje wierna zasadzie Carpe Diem. Urodziła się w Warszawie, dziś mieszka w Nowym Jorku. Łamie stereotyp, że młody reżyser, w dodatku kobieta, nie ma szans na szybki światowy sukces bez odpowiednich znajomości i układów. Zrealizowany przez nią thriller „After.Life” - z Liamem Neesonem i Christiną Ricci w rolach głównych - zebrał doskonałe oceny amerykańskiej prasy. Przez hollywoodzkich krytyków porównywana jest do samego Krzysztofa Kieślowskiego. Ma dopiero 35 lat, a już podbiła Stany Zjednoczone. Teraz marzy o nakręceniu filmu w Polsce.
Z Agnieszką Wójtowicz-Voslo rozmawia Anna Barauskas-Makowska
Obecnie znajdujesz się na liście najbardziej obiecujących postaci kina, a Twój debiut w postaci filmu długometrażowego sprawił, że jesteś porównywana do Krzysztofa Kieślowskiego i Romana Polańskiego. Czy właśnie o tym marzyłaś mieszkając w Warszawie?
To zabrzmi może niebywale, ale szczerze mówiąc, nigdy nie marzyłam o reżyserii. Jednocześnie, intuicyjnie czułam, że na pewno będę związana ze sztuką, bo kochałam ją już od wczesnego dzieciństwa. Przyznam się, że tak „po cichu” marzyłam o neurochirurgii i dyrygenturze. Niestety, nie posiadam żadnych uzdolnień muzycznych, a z przedmiotów ścisłych zawsze miałam dwóje, zostałam więc reżyserem (śmiech). Teraz przynajmniej mogę o moich wcześniejszych zamiłowaniach zrobić dobry film. Zresztą myślę, że mój obecny zawód i te, o których marzyłam, mają wiele wspólnego - jest to praca z powołania i bardzo trudna, szczególnie dla kobiety. Wymagająca nie tylko silnych nerwów i precyzji, ale także ciągłej koncentracji, świetnej kondycji fizycznej i psychicznej oraz szybkiego podejmowania decyzji. To także praca solo, a jednocześnie oparta na umiejętności kierowania zespołem. Oprócz talentu potrzebna jest też olbrzymia wiara w to, co się robi. Tak właśnie jest na planie filmowym. To, że będę profesjonalnie związana ze sztuką, nie było dla mnie marzeniem, a raczej przeznaczeniem. Moją pierwszą miłością był teatr, a zaraz po nim przyszło kino. Jako dziecko przez długi czas chorowałam na nerki i godziny leżenia w łóżku ubarwiałam sobie zabawą w plan filmowy lub teatr. Nigdy nie interesowały mnie lalki ani misie. Najczęściej wyobrażałam sobie, że kręcę film i grałam w nim wszystkie role, od reżysera przez producenta po aktora. No, i oczywiście, nie wiedziałam, co to jest reżyseria, ale robiłam to intuicyjnie. Coś chyba mi jednak pozostało z tej dziecinnej zabawy, bo teraz, jak robię film, to chcę być włączona w każdy jego aspekt i detal. Pamiętam, że już we wczesnej podstawówce oglądałam bardzo ambitne filmy, głównie w kinie Iluzjon w Warszawie i na specjalnych pokazach. Podziwiałam Bergmana, Tarkowskiego, Felliniego, Greenawaya, Lyncha, Kubricka, Tima Burtona i Terryego Gilliama. Przesiadywałam też godzinami w teatrze. Podglądałam próby, podziwiałam aktorów i scenografie, a lekcje odrabiałam za kulisami. W teatrze bywałam prawie codziennie i moje kieszonkowe nigdy by mi nie wystarczyło na te wszystkie bilety, gdyby nie przemiłe panie bileterki w Teatrze Dramatycznym i Studio, które pozwalały mi wchodzić „na gapę”. Z perspektywy czasu zdaję sobie sprawę, że teatr był pewnym rodzajem ucieczki, bo uczyłam się w bardzo „poważnym” liceum i właśnie magia i aura teatru nadawała szkolnej codzienności zupełnie innego wymiaru. Ja żyłam kinem i teatrem, gdy większość moich kolegów przygotowywała się do egzaminów wstępnych na prawo czy handel zagraniczny. Mnie interesowało pisanie, malarstwo, fotografia, aktorstwo, scenografia. Myślę, że byłabym bardzo szczęśliwa pracując w każdej z tych dziedzin. Reżyseria w naturalny sposób łączy wszystkie te elementy.
Twoje ówczesne plany na przyszłość znacznie wybiegały poza Warszawę, a nawet poza Polskę. Postanowiłaś wyjechać do Stanów. Dlaczego wybrałaś Nowy Jork? Już w liceum zaczęłam zdawać sobie sprawę, jak długo młodzi twórcy czekają w Polsce na debiut. Oprócz nielicznych wyjątków, reżyserami najczęściej zostawali siwawi mężczyźni pod czterdziestkę. A ja jestem kobietą i chciałam wcześniej stanąć za kamerą. Wiem, że teraz to się zaczęło już w Polsce zmieniać, z czego bardzo się cieszę. Poznając świat artystyczny zauważyłam też, że często bardziej niż talent liczyło się to, czyją było się córką lub kogo się znało. Będąc młodą dziewczyną nie potrafiłam zaakceptować takiej rzeczywistości i postanowiłam spróbować swoich sił w Hollywood. Dlatego złożyłam papiery i teczkę prac do New York University i Columbia Film School. Zostałam przyjęta do obu, ale wybrałam tą pierwszą.
Wybór Wielkiego Jabłka okazał się trafny, bo Tisch School of the Arts przy New York University ukończyłaś z najwyższym wyróżnieniem. Kiedy przyjechałam do Nowego Yorku nie znałam tam ani jednej osoby. Wszystko było dla mnie nowe, począwszy od nieznanego miasta, a na innym sposobie nauczania skończywszy. Na szczęście bardzo lubię wyzwania! Studia wspominam bardzo dobrze, choć przyznam, że bez reszty im się oddałam. W kraju miałam wspaniałych profesorów a poziom edukacji w Polsce jest wysoki, więc nie miałam tu żadnych problemów. Wychowałam sie przede wszystkim na kinie polskim i europejskim, na NYU poznałam od podszewki kino amerykańskie. Nauka była bardzo intensywna - pamiętam jak w montażowni pod koniec każdego semestru wszyscy przesiadywaliśmy w piżamach do samego rana. Potem szybki prysznic w domu i znów biegiem na wykłady. Już na drugim roku studiów zrobiłam swój pierwszy krótkometrażowy film „Pâté”. A tak naprawdę dokładnie poznałam Nowy Jork, poszukując ciekawych miejsc właśnie do zrealizowania tego filmu. Był to bardzo ambitny projekt, do tego stopnia, że wielu profesorów odradzało mi jego zrobienie i sugerowało, żebym nakręciła coś na mniejszą skalę. Ale ja bardzo wierzyłam w powodzenie. Tak, jak już wspominałam, potrzebuję ciągłych wyzwań. Słowo „nie” nigdy nie jest dla mnie paraliżujące, a raczej zawsze mobilizujące do jeszcze bardziej wytężonej pracy. „Pâté” to trzydziestominutowa opowieść o przetrwaniu, o pierwotnych instynktach, kryjących się pod naskórkiem cywilizacji. O tym, co jesteśmy w stanie zrobić, żeby siebie uratować. Film opowiada historię arystokratycznej rodziny ocalałej ze światowej zagłady. Matka z dziećmi usiłuje przetrwać na pustyni cywilizacyjnej, zachowując pozory dawnej świetności. Jednak okazuje się to bardzo trudne, gdy nagle brakuje jedzenia, a na kolacji pojawia się jedyny mężczyzna, który przetrwał zagładę. W filmie nie tylko można zobaczyć karaluchy, ale także pojawia się wątek kanibalistyczny. Zrobiłam bardzo osobisty i bogaty wizualnie film. W ogóle jestem bardzo wizualnym reżyserem, intryguje mnie kreowanie wystylizowanych rzeczywistości, gdzie kolor, lokalizacje, światło, kostiumy i scenografia grają tak samo ważne role jak aktorzy. Krytycy pisali, że „Pâté“ to taka nowoczesna bajka braci Grimm. Cała historia była studium zachowania się ludzi w ekstremalnych sytuacjach, dlatego musiałam stworzyć bardzo przekonywujący świat po zagładzie. No, i oczywiście, nie miałam na to odpowiedniego budżetu. Wszystko robiłam sama: wyszukane, ambitne dekoracje, kostiumy. Był to rok ciężkiej pracy. Rekwizyty zdobywałam gdzie się dało. Ludzie w Nowym Jorku wystawiają różne dziwne niepotrzebne rzeczy na ulicę. Złamany fotel, zepsutą lampę czy starą kanapę - wszystkie te przedmioty idealnie nadawały się do zilustrowania świata po apokalipsie. Znosiłam i składałam je w naszym mieszkaniu, które na ten okres zamieniło się w prawdziwy magazyn rupieci. Całe szczęście, że mam bardzo tolerancyjnego męża (śmiech).
Gdzie spotkałaś taki ideał?
Paul jest Anglikiem, ale poznaliśmy się w Warszawie, gdzie pracował. Wyszłam za mąż nie mając nawet dziewiętnastu lat, szokując tym moich przyjaciół i znajomych. Tylko mama nie była specjalnie zdziwiona moją decyzją. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Spotkaliśmy się w grudniu, a we wrześniu już byliśmy małżeństwem. Poznaliśmy się na przyjęciu, zresztą filmowym, w Pałacu Kultury, to znaczy Paul mnie wtedy po raz pierwszy zauważył, ale do mnie nie podszedł. Ja go nie widziałam. Podobno byłam otoczona grupą mężczyzn (śmiech), w co wcale nie wierzę. Tak czy inaczej, okazało się, że mieliśmy wspólnego znajomego, który przypadkowo zaaranżował wypad do kina dla naszej trójki. Dopiero po ślubie mój mąż przyznał się, że to wyjście do kina nie było tak do końca przypadkowe (śmiech). Paul uwiódł mnie swoją inteligencją, dobrocią i wrażliwością; tym, że pisał do mnie długie listy. Wysyłał mi najpiękniejsze bukiety kwiatów. Paul kocha kwiaty. Jest bardzo romantyczny. Lubi patrzeć na gwiazdy. Zawsze rozmawialiśmy godzinami i nadal tak jest. Pamiętam, w maju pojechaliśmy do Krakowa. Siedzieliśmy na rynku i czytaliśmy książki, a potem zdecydowaliśmy się zaręczyć. To było bardzo naturalne. Tak, jakby tak miało zawsze być. Ja wierzę w przeznaczenie. Zaraz po ślubie wyjechaliśmy do Hong Kongu, a kiedy dostałam się do szkoły filmowej przenieśliśmy się do Nowego Jorku.
Twój debiut „Pâté” miał premierę na Festiwalu w Sundance, zdobył też wiele prestiżowych nagród na festiwalach filmowych na całym świecie. To oznacza, że jeszcze zanim ukończyłaś szkołę, stałaś się cenionym reżyserem.
Wciąż jestem dopiero na początku mojej drogi. Jednak muszę przyznać, że samo zaproszenie na Sundance jest marzeniem każdego filmowca. „Pâté” dostało w sumie 11 nagród. Był to ogromny sukces przede wszystkim dlatego, że był to pierwszy film, jaki kiedykolwiek nakręciłam. „Pâté” zostało też zaproszone na specjalny pokaz w DGA, czyli Związku Reżyserów Amerykańskich w Los Angeles. Każda z nagród jest wielkim wyróżnieniem, ale największym honorem było Wasserman Award. Jest to nagroda z dużą tradycją, ufundowana przez Lew Wassermana, jednego z pierwszych właścicieli Universal Studios. Tę samą nagrodę otrzymali wiele lat wcześniej obecni laureaci Oskarów, czyli Martin Scorsese, Ang Lee i Oliver Stone. Jurorzy, którzy corocznie przyznają tą nagrodę, są liczącymi sie w LA producentami, więc jest to nie tylko duże wyróżnienie, ale także klucz, który otwiera wiele drzwi w Hollywood. Film wzbudził ogromne zainteresowanie producentów. Po sukcesie „Pâté“ przestałam być anonimową, nikomu nieznaną dziewczyną. Ludzie zaczęli mówić o filmie, interesować się mną i tym, co planuję w następnej kolejności. Na drugim roku studiów miałam już agenta w jednej z największych agencji w Hollywood. Reprezentuje on też Romana Polańskiego. Dostawałam oferty filmów, które były gotowe do produkcji i poszukiwały odpowiedniego reżysera. Nie skorzystałam z tych ofert, gdyż żaden z tych scenariuszy nie zafascynował mnie na tyle, aby poświęcić mu następne 3 lata swojego życia. Nie mówię tego, bo jestem wybredna, ale dlatego, że wiem, iż nie potrafiłabym zrobić dobrze czegoś, czego nie czuję, czy nie kocham. Chciałam zrobić film, z którego byłabym dumna. Pasja jest dla mnie najważniejsza. Filmy, gdy powstaną, istnieją już zawsze i dlatego wiąże się z tym pewna odpowiedzialność. A poza tym, zrobienie filmu jest naprawdę ciężką pracą, więc musi to być historia, która fascynuje cię tak samo pierwszego, jak i ostatniego dnia produkcji. Ze względu na to, że jestem kobietą, dostawałam głównie propozycje wyreżyserowania romantycznych komedii. A ja grawituję do bardziej mrocznego materiału (śmiech). Interesuje mnie kino psychologiczne, ukryte zakątki ludzkiej duszy, historie, które mają wiele płaszczyzn. Jednocześnie lubię uniwersalne, archetypiczne historie, które dają mi możliwość wykreowania pewnego świata. Chcę robić filmy, które bawią, ale także prowokują do myślenia. Takie jedyne w swoim rodzaju. Połączenie kina autorskiego z komercyjnym. Dlatego wreszcie zdecydowałam się na napisanie własnego scenariusza na swój pełnometrażowy debiut. Pracowałam z dwoma partnerami, moim przyjacielem z Warszawy, Jakubem Korolczukiem i moim mężem. Tak właśnie powstał scenariusz do „After.Life”. Z perspektywy czasu wiem, że była to najlepsza decyzja, jaką podjęłam, mimo że o wiele trudniejsza, niż gdybym zaakceptowała oferowane mi projekty. Na pewno wybrałam cięższą i dłuższą drogę do następnego projektu, ale też o wiele bardziej satysfakcjonującą. A przecież o to chodzi.
W tym czasie znalazłaś się także na liście „25 obiecujących postaci kina niezależnego” pisma Filmmaker Magazine. Doceniła to Laurie Anderson, z którą pracowałaś przy multimedialnym projekcie paryskiej Opera Ballet. To był bardzo ciekawy projekt, dla którego inspiracją stał się przepiękny wiersz Czesława Miłosza „O Złożony”. Laurie zajęła się muzyką, Trisha Brown choreografią, a ja recytacją wiersza Miłosza i nakręceniem filmowego tła, które stało się wizualnym punktem zaczepienia dla tańczących baletnic. Projekt ten spotkał się z bardzo przychylną reakcją publiczności i krytyków w całej Europie. Robiłam też wiele reklamówek dla prestiżowej agencji reżysera Ridleya Scotta. To było ciekawe, bo nagle pracowałam z ogromną ekipą i budżetem, za który mogłabym zrobić długometrażowy film. Jednocześnie jedna z firm producenckich z Los Angeles zaoferowała mi napisanie adaptacji powieści Joyce Carol Oates „Beasts”, której reżyserii ma się podjąć Harold Becker (m.in. wyreżyserował on „Malice” z Nicole Kidman). Pracowałam nad nią przez ponad rok. To mroczna i bardzo gotycka opowieść o metafizycznym podłożu, pełna symboliki, czyli tego, co lubię. Zrobiłam też scenariusz na zamówienie Morgana Freemana. Każdy z tych projektów był dla mnie wielką satysfakcją, a jednocześnie były to kolejne cenne doświadczenia zawodowe.
Jednak Twoim największym sukcesem okazał się pełnometrażowy debiut "After.Life". Tylko w Chicago, podczas pierwszego tygodnia emisji, kina były zapełnione po ostatnie miejsce. Historia stworzona przez Ciebie ma konfrontować widza z jednym z fundamentalnych pytań: co dzieje się z człowiekiem po śmierci. Dlaczego wybór takiej tematyki?
Kiedy miałam 10 lat straciłam mojego Tatę. Umarł w Wigilię. Miał trzydzieści trzy lata. To właśnie po jego śmierci zrodził się ten mój niesamowity lęk, a jednocześnie fascynacja i ciekawość śmierci. Tak trudno było mi zrozumieć dokąd odszedł. I właśnie o tym jest „After.Life”. Zawsze zastanawiałam się, co dzieje się z ciałem i duszą zaraz po tym, kiedy już zostaniemy uznani za zmarłych. Czy istnieje życie pozagrobowe? A może jakiś okres przejściowy pomiędzy samą śmiercią, a chwilą, kiedy zostajemy złożeni do grobu? Okres, w którym nasza świadomość jest wciąż obecna, kiedy mamy czas, aby zastanowić się nad całym naszym życiem i przyjąć za fakt to, że już nas nie ma? Muszę Ci się przyznać, że do momentu zrobienia „After.Life” prawie codziennie myślałam o śmierci. Teraz nadal o niej myślę, ale trochę rzadziej. Nie w sposób makabryczny. Najczęściej ma to miejsce rano w łazience, kiedy stoję przed lustrem i czeszę włosy. W jakiś dziwny sposób refleksywna tafla lustra sprowadza takie skojarzenia. Zresztą nigdy nie myślę o własnej śmierci, raczej o śmierci moich najbliższych, tych, których kocham. Te myśli o śmierci wyzwalają we mnie tak naprawdę myśli o życiu. Jeśli w ogóle można powiedzieć, że w odejściu mojego taty było coś pozytywnego, to był to fakt, że bardzo szybko zdałam sobie sprawę z kruchości życia. Zrozumiałam, że nie należy go marnować. Uświadomiłam sobie, jak ważne jest, aby realizować się w tym, co się kocha. Żyć pełnią życia. After.Life opowiada historię Anny, młodej kobiety (Christina Ricci w tej roli), która po tragicznym wypadku samochodowym, budzi się w domu pogrzebowym, gdzie jego dyrektor, Eliot Deacon (w tej roli Liam Neeson), przygotowuje jej ciało do pochówku. Przerażona i zagubiona, we własnym odczuciu wciąż żywa Anna, pomimo zapewnień Eliota, nie może uwierzyć, że spotkała ją śmierć. Eliot przekonuje ją, że posiada niezwykłą umiejętność porozumiewania się ze zmarłymi, przez co jest jedynym, który może jej pomóc. Uwięziona w domu pogrzebowym i skazana na Eliota Anna zmuszona jest stawić czoła swoim najgłębszym lękom i ostatecznie zaakceptować własną śmierć. Jednak pogrążony w bólu chłopak Anny, Paul (Justin Long), nie może pozbyć się dręczącego go przeczucia, że Eliot nie jest tym, za kogo się podaje. W miarę jak zbliża się dzień pogrzebu, Paul zdaje się być coraz bliżej odkrycia porażającej prawdy, ale czy zdąży zanim Anna przedostanie się na „drugą stronę”? Koncept bycia świadomym tego, że się umarło jest przerażający, ale jednocześnie fascynujący. Bo śmierć, tak naprawdę, to ostatnie tabu. Każdy z nas boi się śmierci, ale jesteśmy też dziwnie zafascynowani tym, co czeka nas po „drugiej stronie”. Przez wieki ludzie szukali odpowiedzi na te pytania i każda religia czy filozofia daje nam odmienne teorie. Ale tak naprawdę nikt nie wie, aż nadejdzie jego kolej. „After.Life” jest to jednak przede wszystkim film o życiu, o tym, czym jest życie i cienka granica, która oddziela świat żywych od świata umarłych.
Pomysł na scenariusz to jedno, a sprawy pozyskanie funduszy na jego realizację to drugie. W filmie występują gwiazdy dużego formatu. Zapytam wprost: Jak Ci się to udało?
Przede wszystkim ciężką pracą, pełną stresu, napięcia i nieprzespanych nocy. Nie będę ukrywać, że nie była to łatwa droga i wcale nie taka bajkowa jakby to się mogło wydawać. Ale na pewno bardzo satysfakcjonująca. Kiedy scenariusz już był gotowy, mój agent zajął się poszukiwaniem producenta i tworzeniem budżetu. Co ciekawe, dokumenty zapewniające finansowanie filmu podpisałam dokładnie 15 września 2008 roku, czyli w dniu upadku banku Lehman Brothers (śmiech). Tym samym zadałam kłam tezom stawianym przez tutejsze media, mówiącym o upadku kina niezależnego. Projektem było zainteresowanych wielu producentów, jednak większość z nich chciała go spłycić, pozbyć się tego wszystkiego, co dla mnie było najważniejsze w tej historii. Dlatego mój agent i ja szukaliśmy odpowiedniego partnera, o najbardziej zbliżonej wizji projektu do mojej. Kolejną ważną sprawą była obsada. To, że scenariusz zainteresował tak znakomitych aktorów, jak Liam Neeson, Christina Ricci i Justin Long na pewno bardzo pomogło. Nie było to łatwe, gdyż są to aktorzy, którzy otrzymują kilkadziesiąt ofert filmowych w ciągu jednego miesiąca. Każdy młody reżyser w Hollywood marzy o stworzeniu takiej obsady do swojego pierwszego filmu. Konkurencja była olbrzymia. Cała trójka to nie tylko wspaniali aktorzy, ale także wspaniali ludzie, którzy bardzo zaangażowali się w projekt i dali z siebie wszystko. Liam był moim wymarzonym Eliotem. Gra on tajemniczego dyrektora zakładu pogrzebowego, który wydaje się posiadać zdolność komunikowania się ze zmarłymi, pomagając im przejść na „drugą stronę”, ale w miarę rozwoju akcji widz zaczyna podejrzewać, że pod jego współczującym zachowaniem leży coś o wiele bardziej mrocznego. Wiedziałam, że Liam wykreuje postać otoczoną tajemnicą, niejednoznaczną. Eliot wierzy, że większość z nas przechodzi przez życie tak, jakbyśmy już byli martwi. Nie żyjemy pełnią życia. W pewnym momencie filmu Eliot mówi do Anny: „Wszyscy mówicie, że panicznie boicie się śmierci, ale tak naprawdę to bardziej boicie się życia”. Nigdy nie zapomnę, kiedy dostałam telefon od mojego producenta z wiadomością, że Liamowi bardzo podobał się scenariusz i że chce się ze mną spotkać, aby porozmawiać o projekcie. Nasze pierwsze spotkanie trwało cztery godziny. Liam zinterpretował scenariusz dokładnie tak, jak chciałam i mieliśmy bardzo podobną wizję filmu. Świetnie się z nim pracowało. Był otwarty na moje pomysły, przez co mieliśmy bardzo partnerski układ. Ufał mi jako reżyserowi, mimo że to jest dopiero mój pierwszy film. Z Christiną spotkałam się dosyć wcześnie. Wiele aktorek ubiegało się o rolę w „After.Life”, bo nadal nie ma aż tak wielu dobrych ról dla kobiet. Christina wierzyła w sukces filmu, bo sama zafascynowana jest tematem śmierci, ale także czuła, że postać Anny będzie dla niej aktorskim wyzwaniem. Jej interpretacja scenariusza i pasja, z jaką podeszła do projektu były dla mnie bardzo ważne. Christina gra kobietę, która ma marzenia, ale za życia nigdy ich nie realizuje. Dopiero, kiedy „budzi się” na stole w domu pogrzebowym i dowiaduje się, że umarła, zaczyna o to życie walczyć. Zaczyna tak naprawdę żyć. Christina weszła w rolę bardzo głęboko. Jest nie tylko niezwykle utalentowaną aktorką, ale i jedną z nielicznych, które nie boją się mrocznych tematów. W roli Paula, zależało mi, żeby obsadzić kogoś, kto nigdy nie grał takiej postaci. Justin jest bardziej znany z ról komediowych, ale ma w sobie coś bardzo ciekawego. Pewną wrażliwość. Justin znakomicie wczuł się w postać Paula. Tragiczna miłości pomiędzy Paulem i Anną to bardzo ważny element całej historii. Paul mocno kocha Annę, ale nie potrafi się z nią tak do końca porozumieć. Istnieją pomiędzy nimi emocjonalne bariery. Ta niezdolność do wzajemnego zrozumienia prowadzi do wypadku Anny i psychicznego załamania Paula, który wini się za jej śmierć. To była trudna rola i Justin dał z siebie wszystko. Przy wyborze obsady najważniejsza ze wszystkiego jest „chemia”. Trochę tak, jak z miłością, wszyscy musieliśmy poczuć, że się rozumiemy i że pasujemy do swoich ról. Dla reżysera to podstawa. Przy tej pracy czasami trzeba się rozumieć bez słów. Budżet był ograniczony i dlatego mieliśmy tylko 25 dni zdjęciowych, co było bardzo stresujące. Projekt był ambitny pod wieloma względami i wiedziałam, że 25 dni nie pozwoli na wykonanie wszystkiego tak, jak to sobie zaplanowałam biorąc pod uwagę większą ilość czasu. Scenariusz miał 200 scen, więc dziennie, w ciągu 12 godzin musieliśmy nakręcić po 8 scen. Tempo było szalone, ale byłam bardzo dobrze przygotowana i cała ekipa pracowała niezwykle ciężko, aby zrealizować moją wizję. Kiedy rozmawiasz z reżyserami, którzy robią już swój 10 czy 15 film, dysponując przy tym dużym budżetem, zawsze usłyszysz, że każdy filmowiec chciałby mieć więcej dni zdjęciowych. To normalne, gdyż im więcej masz czasu, tym bardziej możesz poświęcić się niuansom i detalom, skomplikowanym ujęciom czy też mieć większą ilość dubli. Kiedy oglądam teraz skończony film, jestem bardzo dumna z tego, co osiągnęliśmy przez te 25 dni. Wiem też, że jestem w stanie zrobić film w tak krótkim czasie, więc najtrudniejsze już poza mną. Następny film będzie miał większy budżet i więcej dni zdjęciowych (śmiech).
Wciąż żyjesz w Nowym Jorku. Nie myślałaś o tym, aby przenieść się do „zagłębia filmowego”, którym jest Los Angeles?
Paul i ja bardzo kochamy Nowy Jork. Stworzyliśmy tu nasz dom. To miasto ma wspaniałą energię, nigdy nie można się nim znudzić. Uwielbiam nowojorskie muzea, Central Park i eklektyczną architekturę. W Nowym Jorku kocham anonimowość i możliwość „bycia sobą”. Obecnie, wcale nie trzeba mieszkać w LA, żeby robić filmy. Zresztą, kiedy robi się film, to wszystko inne schodzi na dalszy plan, więc tak naprawdę nie jest ważne, gdzie się mieszka. Kiedy tworzy się film, to żyje się nim 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu. Tak naprawdę weekendy i wakacje nie istnieją. Jednocześnie bardzo lubimy jeździć do Los Angeles, przede wszystkim ze względu na pogodę i ocean. Wiem, że mój agent na pewno chciałby, żebym się przeniosła i może tak się niebawem stanie. Nigdy nie mówię nigdy. Wierzę, że można być szczęśliwym wszędzie, tak naprawdę zależy to tylko od nas samych, od tego, z kim spędzamy nasze życie i czy robimy to, co kochamy. Miejsce jest w tym wszystkim najmniej ważne.
A Polska? Chciałabyś kiedyś tam wrócić?
Jestem w Polsce co roku i bardzo tęsknię za Mamą i Babcią. To mój dom. Kocham Żoliborz i warszawską cytadelę. No, i oczywiście, warszawskie teatry. Paul też bardzo lubi Polskę, więc wszystko jest możliwe. Na pewno chciałabym, aby nasze dzieci znały Polskę, więc nigdy nie wiadomo, co życie nam przyniesie. Jeżeli tak ma być, to będzie. Marzy mi się też zrobienie filmu w Polsce, praca z polskimi operatorami i aktorami, polskie plenery i styl pracy. Mam nadzieję, że uda mi się to zrealizować już niedługo.
Zdjęcia: Bart Babinski
Aneta Prasał-Wiśniewska
|